Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Mrówa-punkówa
2. Złam prawo - fragment części II
3. Xenna na ekranie
4. Xenna - alternatywne zakończenie
5. Chaos i świńska skóra
6. Od Absyntu do Zarazy
7. Disorder i ja
8. Spotkanie autorskie we Wrocławiu
9. Bomba w windzie - nowe propozycje okładek
10. Sylwia
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Gazeta Literacka
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Urządzenia biurowe
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Wydawnictwo Jirafa Roja
 
Andrzej Nowakowski w obronie RKP 98 Piątek, 19 Grudnia, 2008
Andrzej Nowakowski
  Andrzej Nowakowski w "Notesie Wydawniczym 11/19998 opublikował artykuł pt. "Bronię Łukasza Gołębiewskiego", będący polemiką z recenzją opublikowaną przez ten periodyk miesiąc wcześniej z książki "Rynek książki w Polsce 1998". Autor jest dyrektorem wydawnictwa Universitas, był też m.in. prezesem Polskiej Izby Książki oraz dyrektorem Instytutu Książki.
O studium Łukasza Gołębiewskiego pt. "Rynek książki w Polsce" coraz głośniej, dochodzę jednak do wniosku, że ta wrzawa zaczyna przypominać jarmarczny jazgot, w którym już chyba nie o treść książki chodzi. Kiedy podczas ostatnich krakowskich targów jeden z prominentnych wydawców, pytany przeze mnie o opinię na temat pracy Gołębiewskiego, odrzekł, że książkę zna jedynie z okładki, ale cieszy się, że autorowi dokopano — to nie dociekając już powodów owej radości pomyślałem, że może warto zabrać w tej sprawie głos. Tym bardziej że cała ta zabawa w dokopywanie Łukaszowi Gołębiewskiemu ma, zdaje się, żywot nieco dłuższy niż samo jego dzieło, które stało się pretekstem do zupełnie zdumiewających, niezrozumiałych dla mnie popisów Witolda Adamca i Barbary Kołodziejczyk pt. Kto pierwszy, ten najlepszy? („Notes Wydawniczy" nr 10). Oto krótkie przypomnienie.
2aczęło się —jeżeli dobrze pamiętam — od artykułu Jolanty Walewskiej, zatytułowanego dość jednoznacznie Bałamutny raport, w marcowym numerze „Notesu". Krytyka dotyczyła tekstu Gołębiewskiego zamieszczonego w „Rzeczpospolitej" (nr 35) pt. Trudno mówić o kryzysie, w którym autor stawiał niepopularną wśród tzw. ludzi książki tezę, że tragicznie nie jest, a nawet jest dobrze! Przypominam artykuł Walewskiej, ponieważ określił on pewną konwencję krytykowania Gołębiewskiego: polega ona, z jednej strony, na eskalowaniu epitetów i złośliwości (czasami nader zjadliwych), z drugiej zaś — na wyliczaniu tematów, których autor nie podjął, a podjąć — zdaniem krytyków — powinien. Innymi słowy, autor Rynku książki dostaje po łapach za brak pracowitości, nieodrobienie zadania domowego do końca i dyletanctwo. Jolanta Walewska powiada: Omawiany artykuł jest tym bardziej zdumiewający, że wyrwane z kontekstu jedno z ogniw rynku książki (wydawnictwa) stwarza fałszywy pozór gigantycznej prosperity książki w ogóle.
Pomijam już fakt, że krytykowany tekst bynajmniej nie stwarza pozoru gigantycznej prosperity książki — to po prostu nadużycie. Pytam natomiast: a niby dlaczego nie można się zajmować wycinkami rynku książki i na tej podstawie formułować uogólnienia? Akurat teza Gołębiewskiego jest banalnie prosta i do postawienia jej autor ma pełne prawo: piętnastu największym wydawcom w Polsce dzieje się dobrze. I tyle... To, że innym (w tym księgarzom) dzieje się wprost przeciwnie, to wszakże całkiem osobny problem. I tak to się zaczęło...
Polemika Jolanty Walewskiej z Łukaszem Gołębiewskim rozwinęła się w najlepsze na łamach kolejnych numerów „Notesu", przy czym o jakiejkolwiek wzajemnej kurtuazji mowy już nie było. Ale też nic nadzwyczajnego: ot, spokojna pyskówka, w której trudno uświadczyć argumenty i motywy do porządnej, merytorycznej dyskusji. Pouczenia, udowadnianie sobie nieuctwa i wzajemne oskarżenia o złą wolę w zasadzie wyczerpywały ramy owej polemiki. Ale w końcu stało się tak, że po wydaniu "Rynku książki" nie kto inny, jak właśnie Jolanta Walewska zabrała głos ponownie, próbując tym razem dowartościować trud Gołębiewskiego (wrześniowy numer „Megaronu"). W spokojnej i wyważonej recenzji doceniła to, o co upominała się poprzednio. Pisała: „Rynek książki w Polsce" jest ważną publikacją dla naszego środowiska i póki co jedyną traktującą temat kompleksowo. Jednak mimo tej generalnie pozytywnej oceny recenzentce dalej wielu rzeczy brakowało, a to: informacji o książce, wiedzy o źródłach pozyskiwania informacji, istotnych fragmentów ustawy VAT dotyczących książki. W sumie Walewska nie dała wiary wywodom Gołębiewskiego. Stwierdziła mianowicie: książka nie daje odpowiedzi na pytania [skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle — A.N.], wprost przeciwnie, uświadamia nam, że kryzys książki to jakieś nasze środowiskowe „science fiction ".
W moim przekonaniu autorka recenzji dotknęła tym zdaniem istoty problemu. Otóż Gołębiewski jako bodaj jedyny próbuje nam wszystkim, „ludziom z branży", udowodnić, że z rynkiem książki nie jest tak źle, jak byśmy chcieli to widzieć, i w miarę możliwości udowadnia to na rozmaite sposoby. Można się z nim spierać, kłócić, zadawać trudne pytania, nie wierzyć nawet i oskarżać go, że „zmyśla" i bierze dane „z Księżyca" — wszelako pod jednym warunkiem: należy mówić „na temat", a nie zamiast tego dowodzić, że Gołębiewski to niedouk, garbaty cyklista i najlepiej, żeby zaczął ponownie edukację od samego przedszkola. Wszystko dlatego, że autor Rynku książki nie widzi podstaw, aby rzesze wydawców, hurtowników i księgarzy lamentowały i cierpiały. A takie właśnie źródła niechęci Walewskiej do Gołębiewskiego dostrzegam od samego początku. I nawet rozumiem to! Z jednej strony sukcesy potentatów, z drugiej zaś — nie doceniony (przez Gołębiewskiego) znój „proletariatu", który boryka się z problemami najprostszymi, doskonale nam znanymi. Wszystkie bowiem spotkania „ludzi książki", przy rozmaitych okazjach, poświęcone są bolączkom dnia codziennego. To zazwyczaj terapeutyczne narzekania, po których co prawda czujemy się nieco lepiej, ale z których niewiele wynika. A tę psychoterapię psuje nam Łukasz Gołębiewski.
Piszę o tym, bo staram się jakoś zrozumieć i zracjonalizować wspomniany na wstępie paszkwil Witolda Adamca i Barbary Kołodziejczyk. Nie potrafię zinterpretować go inaczej niż jako wyrazu fobii, o której napisałem wyżej i która jakoś „naturalnie" i „spontanicznie" wyzierała z tekstów Walewskiej. O ile jednak ta polemika (Walewskiej} nie przekraczała pewnych progów przyzwoitości i toczyła się w ramach typowych standardów ostrej wymiany zdań, o tyle tekst Adamca i Kołodziejczyk uważam za paskudny i określenie to należy traktować jako najłagodniejszy eufemizm. Ten tekst nie daje mi spokoju, bo nie potrafię się pogodzić z myślą, że tak na odlew można w naszym środowisku grzmotnąć kogoś w zęby, i to w dodatku z pełnym poczuciem prowadzenia misji w obronie imponderabiliów polskiego rynku książki. Otóż ja się na to nie zgadzam! A nawiasem mówiąc, forma recenzji Adamca i Kołodziejczyk jest sama w sobie wdzięcznym tematem do analizy dla studentów szkół dziennikarstwa: stanowi bowiem kliniczny przykład wielostronicowego wodolejstwa i oratorskich popisów, które skrywają ubogi zestaw krytycznych argumentów. Żeby jednak nie być gołosłownym, metodą „ołówka" zebrałem wszystkie zarzuty, zarówno pod adresem "Rynku książki", jak i jego autora. Oto one:
1. Łukasz Gołębiewski pomija większość społeczno-kulturalnych i politycznych aspektów sytuacji książki w Polsce, uwzględniając tylko część jej zagadnień ekonomicznych i rynkowych.
Mój komentarz: To jest jedyny poważniejszy zarzut, aczkolwiek przyjąć przecież można, że autor nie temu poświęcił swoją książkę. Gdyby recenzenci zechcieli dokładniej zakreślić tematyczne ramy owych społeczno-kulturalnych i politycznych aspektów, to mogłoby się okazać, że jest to problem do całkiem osobnych rozważań dla akademickich gremiów, i to za pieniądze KBN-u.
2. W książce zamieszczony jest dosyć dziwaczny rozdzialik o bibliotekach publicznych i czytelnictwie.
Mój komentarz: Na czym polega owa dziwaczność — autorzy krytyki, ganiący Gołębiewskiego za brak językowej precyzji, nie wyjaśniają.
3. Adamiec i Kołodziejczyk mają setki wątpliwości, zastrzeżeń i poprawek do wstępu.
Mój komentarz: Jakich? Z owej setki wyliczają ledwie parę przykrych i denerwujących, ale w sumie mało znaczących błędów, które w oczywisty sposób obciążają redaktora tomu, nie zaś autora. Powiadają dalej filuternie: Ech, wołowej skóry by trzeba..., sugerując tym samym, że mogliby tak bez końca wyliczać i wyliczać, ale po co, wszystko bowiem jasne — czyli totalne dno.
4. Kolejne oburzenie autorów recenzji:
brak informacji o nakładzie książki i brak ceny na okładce.
Mój komentarz: I co?!... Za to też autor ponosi odpowiedzialność? Poza tym: od kiedy to informowanie o nakładzie i podawanie ceny na okładce jest obowiązkowe w Polsce? A to właśnie recenzenci wydają się sugerować.
5. Zarzut następny: nadmiar reklam.
Mój komentarz: Pewnie tak, ale... cóż tu
zresztą komentować. To nic innego, jak czepianie się „nie na temat".
6. Dalej: autor nie zadaje swoim rozmówcom (z jednym wyjątkiem) pytania o ich czytelnictwo [sic! A.N.] książek.
Mój komentarz: I co z tego? Nie zadaje też setek innych pytań.
I to byłoby wszystko. Oto wszystkie zarzuty. Nijak nie układają się one w jakikolwiek sensowny porządek, nie mówiąc już o ich randze. Cała reszta to tylko inwektywy i zabawa „w kopanego". Zaś wniosek płynący z tekstu jest prosty: Gołębiewski to niedouk. Na jego usprawiedliwienie mają zresztą recenzenci jeden argument: / wtedy [czyli kilkanaście lat temu — A.N.] zdarzało się, że autorem zostawał niedouk. To prawda! Ale też kilkanaście lat temu nie zdarzało się wykonywanie takich prestidigitatorskich sztuczek jak ta, którą zaprezentowali Adamiec i Kołodziejczyk. Otóż zasadnicza próba skomentowania merytorycznej i najważniejszej części książki Gołębiewskiego została przez państwa recenzentów wyrażona w dwóch zdaniach: Umówiliśmy się między sobą, że nie będziemy wnikać w ustalenia Gołębiewskiego odnoszące się do przychodów ani w ich interpretacje, z prognostykami włącznie. Wydawcy i księgarze ocenią je nieporównanie lepiej, fachowo. Przyznaję, dla mnie to rekord świata! Mógłbym tylko zapytać: to po co łaskawi Państwo w ogóle chwycili za pióra, skoro nie o recenzję Warn chodziło?
Gdybym ze swej strony miał sformułować parę ogólnych uwag dotyczących inkryminowanego dzieła, to przede wszystkim zacząłbym od pewnej sugestii pod adresem autora: może warto następne edycje książki zatytułować nieco skromniej, ale za to bezpieczniej. Gdyby do obecnego tytułu Rynek książki w Polsce dodać słowo Rekonesans lub Wybrane zagadnienia bądź Zarys — wtedy być może oczekiwania odbiorców nie zostałyby rozbudzone do tego stopnia, że niezaspokojenie ich prowokuje reakcję agresywną. Wydaje mi się, że taki właśnie „uzupełniony" tytuł byłby też bardziej adekwatny do zawartości książki.
Paradoksem —jednak pozornym — może okazać się fakt, że wartość pracy Gołębiewskiego będzie z roku na rok rosła, jeśli autor, sam bądź w zespole, podejmie próbę regularnego (najlepiej w cyklu rocznym) wydawania kolejnych tego typu opracowań. Po prostu: procesy zmian na rynku książki w Polsce będzie można wówczas śledzić w skali „makro", bo o tym rodzaju skali tu mowa. Czy wiedza ta przełoży się na mechanizmy decyzyjne w poszczególnych segmentach tego rynku? Tego nie wiem, bo zależy to od wielu czynników, w tym także od umiejętności wyciągania wniosków z opracowań takich jak Rynek książki. Niewątpliwie jednak wiedza ta jest niezbędna każdemu, kto w przyszłości chciałby lokować swoje kapitały w książkowym biznesie.
Jednak dla mnie najważniejszą kwestią pozostaje w miarę precyzyjne określenie adresata książki Gołębiewskiego. Otóż dochodzę do wniosku, że wszyscy, łącznie z autorem omawianej pracy (!), popełniają błąd sądząc, że jest ona przeznaczona jedynie dla profesjonalistów — cokolwiek to pojęcie miałoby znaczyć. Otóż nie! Zaryzykowałbym twierdzenie, że dla profesjonalistów dzieło to może być w ogóle mało interesujące i niewiele znaczyć. Rzecz jednak w tym, że (i tu z góry przepraszam wszystkich tych, którzy poczują się teraz urażeni) my, czyli wydawcy, hurtownicy i księgarze, w zdecydowanej większości nie jesteśmy profesjonalistami, z rozmaitych powodów zresztą. A między innymi dlatego, że niewiele mieliśmy czasu, sposobności, pieniędzy, żeby zdobyć choć ogólnikową wiedzę na temat kapitalistycznych zasad funkcjonowania rynku książki, budowanego przecież od podstaw. Jeśli wolno mi posłużyć się w tym względzie własnym przykładem, to mógłbym — aczkolwiek bez specjalnego przekonania — powiedzieć, że wiedza o wydawnictwach naukowych jest w rozważaniach Gołębiewskiego niewielka, bo ja akurat wiem nieco więcej o mechanizmach i niuansach tego segmentu wydawniczego. (Przyznaję jednak uczciwie, że statystyka zawarta w tabeli 43 pozwala mi, na przykład, usytuować moje wydawnictwo Universitas w odpowiednim miejscu listy rankingowej i w związku z tym podumać nad niedostatkami mojej pracy.) Ale wiedzę — na przykład dotyczącą struktury księgarni w Polsce czy dynamiki sprzedaży sieci EMPiK — chłonę jak laik i staram się z pokorą wyciągać z niej wnioski. Nie wiem, czy potrafię, ale przynajmniej się staram.
Tu mała dygresja: w jednym czuję się nieźle, a mianowicie „w temacie" bibliotek. Otóż wiedza z tej dziedziny ciągle oparta jest na stereotypach, nieporozumieniach i nieznajomości podstawowych zasad gromadzenia zbiorów. Dodatkowo poświadczają to analizy Gołębiewskiego, ale trzeba je umieć właściwie odczytać. Jeżeli tej kwestii nie rozwijam, to dlatego, że —jako wydawca — wiem, jak na tej wiedzy można zarobić, a czynię to codziennie.
Całkiem osobnym zagadnieniem są wywiady z „prominentami" rynku książki. Nie jestem tak głupi, żeby napisać, co myślę o ich wypowiedziach. Ale też rozumiem, iż owi „prominenci" mówią to, co chcą powiedzieć, a nie to, co ewentualnie byłoby interesujące. Ja zaś wiem, że codzienny trud wydawania książek to ciężka harówka, oparta głównie na poczuciu, że nic się nie udaje, że bałagan nas przygniata, że przysłowiowa pani Zosia znowu coś zawaliła, a tak w ogóle to gdzie indziej jest lepiej. Oczywiście lepiej nie jest i proszę mi nie wmawiać, że ci inni, ludzie sukcesu, nic tylko siedzą sobie w fotelach i delektują się wzrostem wskaźników — bo nie wierzę, że tak jest. Prawdziwy sukces bowiem to te niezwykle rzadkie chwile, kiedy trzymając w ręku tzw. sygnalny egzemplarz książki mamy to niejasne doznanie, że... warto było, że to jest „coś", co nie tylko pozwala „zakładowi pracy" przeżyć kolejny rok, ale ocala w nas poczucie sensu tego, co robimy. Chciałbym o tym też poczytać w wywiadach; bo nie wątpię, że to właśnie jest dla nas najważniejsze.
Na koniec jedna krótka uwaga: książka Łukasza Gołębiewskiego to bardzo potrzebne dzieło. Czekam na „edycję '99". Kupię na pewno.
Źródło "Notes Wydawniczy" nr 11/1998
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz słownie liczbę 7
Dodaj
alkohole antologie Bandyci Rodriguez Bomba w windzie Crass cytaty Disorder i ja film futbol Jarocin Jirafa Roja koncerty konkurs Krzyk kwezala kultura cyfrowa literatura Meksyk Melanże z Żyletką nauka Neurokultura No Future Book obserwacje opowiadania podróże pożegnania postawy punk recenzje rynek książki Spotkania autorskie statystyki Szerokopasmowa kultura We śnie wiersze Włochaty wywiady Xenna YouTube Złam prawo
 
Landsberg Hardcore Crew
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
  © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2