Kto polubił Eduardo Mendozę za jego cykl o przygodach fryzjera damskiego, tego „Wyspa niesłychana” może rozczarować. Mnie nie zachwyciła, jej klimat jest jak mgła w Wenecji, mieście, w którym hiszpański prozaik umiejscowił akcję. Trochę tajemniczy, ale i ponury, obrazy nieostre, opowieści niedokończone, postaci szare, emocje przygasłe, cele niejasne. Główny bohater sam nie wie czego chce, jego miłość jest równie nieśmiała, co niepewna, iluzoryczna i efemeryczna. „Wyspa niesłychana” to książka o marzeniach, ale marzeniach nieskrystalizowanych, błądzących gdzieś na krawędzi podświadomości, snu i jawy. To też opowieść o lękach, o nieumiejętności bycia z kimś, czy wręcz – bycia wśród ludzi. W tej scenografii widmowa Wenecja jest nieprzyjemnym miastem – drogim, odstawionym na pokaz, zatłoczonym przez turystów, z przestępcami, którzy kryją się w ciemnych ciasnych uliczkach i oszustami na ulicznych straganach. Bohater tej historii, Fabregas, porzucił bankrutujący biznes i przeprowadził się z Barcelony do Wenecji… właściwie nie wiadomo po co i na jak długo. Miota się, nie umie wyrażać uczuć. „Tak minęło mi całe życie: w pół drogi między bezbronnością a dumą” – konstatuje. Sporą część czasu spędza w pokoju hotelowym, oglądając wypożyczane kasety wideo. Ale przepełniają go pragnienia, jest wytrwały, a może to uczucie beznadziei sprawia, że wciąż trwa; jak się w końcu okazuje – nie na próżno. |