|
|
| Strona Łukasza Gołębiewskiego |
|
Witam Was na mojej stronie, którą redaguję wspólnie z Wami - moimi czytelnikami. Strona powstała w styczniu 2007 roku i początkowo wyłącznie poświęcona była powieści "Xenna moja miłość". Od tamtej pory odwiedziło ją ponad milion osób! Nigdy nie spodziewałem się takiego zainteresowania, dziękuję Wam za to.
W dziale komentarze staram się na bieżąco pisać o tym, co mnie obchodzi. W galeriach znajdziecie moje fotki, w tym możliwie pełną dokumentację spotkań autorskich. Są tu też recenzje, wywiady oraz rozmaite aktualności - zarówno te od wydawcy - o moich książkach, jak i wszelkie inne, także te, które sami nadsyłacie. Od jakiegoś czasu prowadzę też na tej stronie leksykon alkoholi, co pozwala mi dzielić się z wami moją pasją do odkrywania nie tylko nowych miejsc i nowych ludzi, ale także nowych smaków. Pozostańcie w buncie! Do zobaczenia na koncertach i spotkaniach autorskich. |
Sobota, 28 Stycznia, 2012
"Krzyk kwezala" już w sprzedaży |
|
wydawca
|
Do księgarń trafiła już nowa powieść Łukasza Gołębiewskiego pt. "Krzyk kwezala". Można ją także zamawiać bezpośrednio z tej strony (z dedykacją autora) w cenie 29 zł, koszt wysyłki - 0 zł. Więcej... |
Wtorek, 24 Stycznia, 2012
Premiera już 27 stycznia! |
|
wydawca
|
27 stycznia do księgarń trafi nowa powieść Łukasza Gołębiewskiego pt. "Krzyk kwezala", zupełnie inna niż wcześniejsze, jest powieścią historyczną, jej akcja rozgrywa się w 1521 roku, Hiszpanie oblegają stolicę Azteckiego imperium. Książka ukazuje się pod honorowym patronatem ambasady Meksyku, w twardej oprawie, ma 258 stron, kosztuje 29 zł. Niebawem spotkania promocyjne - tak wygląda plakat promujący książkę. Więcej... |
Poniedziałek, 16 Stycznia, 2012
"Krzyk Kwezala" pod honorowym patronatem Ambasady Meksyku |
|
wydawca
|
Mamy przyjemność poinformować, iż Ambasada Meksyku w Polsce objęła honorowym patronatem publikację książki Łukasza Gołębiewskiego "Krzyk kwezala". Wśród patronów są także: Interia.pl, TVP Historia, "Mówią Wieki", restauracja Dos Tacos, "Gazeta Studencka" i "Magazyn Literacki KSIĄŻKI". Więcej... |
Poniedziałek, 16 Stycznia, 2012
Nowość w Jirafa Roja |
|
wydawca
|
"Przewrotka" Jacka Wangina to zbiór dziewięciu opowiadań współczesnych, których bohaterowie zmagają się z rzeczywistością "postawioną na głowie" albo sami tworzą piekiełko codzienności. Zderzają się o siebie w sytuacjach rodzinnych, zawodowych, małżeńskich, często błądząc we mgle odpustowej, jedynej słusznej religii, podczas gdy życie ochoczo weryfikuje ogólnie przyjęty system wartości. Bohaterowie "Przewrotki" próbują lawirować i kreować świat podług własnych przyjemności, lęków i fobii, co zwykle wychodzi na opak. Forma opowiadań chroni je przed wszelkimi odmianami stereotypu i patosu, bo nie ma tu narzekania na życie w świecie nienajlepszym z możliwych. Szczypta ironii i groteski doprawia najsłabsze punkty zachowań poszczególnych bohaterów, co czyni lekturę łatwą i przyjemną, a przede wszystkim kusi do zdrowej refleksji o naszym tu i teraz. Książkę już można zamawiać w wydawnictwie Jirafa Roja w cenie 25 zł. Więcej... |
Niedziela, 15 Stycznia, 2012
Guernica y Luno w Słupsku |
|
nadesłane
|
Na jeden charytatywny koncert reaktywuje się legenda sceny H/C anarchopunk - Guernica y Luno. Dochód z imprezy przeznaczony zostanie na leczenie i rehabilitację chorej Amelki Sulik. Koncert zapowiedziano na 20 stycznia w MCK Słupsk. Program wygląda następująco: 18.00-19.00 Aggressor, 19.15-20.00 Guernica y Luno. Po 20.00 impreza przenosi się do Motor Pubu, gdzie zagra Medarth, potem melanż i after party. Więcej... |
|
|
|
Sobota, 28 Stycznia, 2012
Kontrowersje wokół ACTA |
Kontrowersje wokół przystąpienia Polski do ACTA przybrały niespodziewany obrót. Młodzi ludzie wyszli na ulicę, hakerzy poblokowali rządowe strony www, odpowiedzialny za cyfryzację minister Michał Boni oddał się do dyspozycji premiera, rząd zapowiada szerokie społeczne konsultacje. To ostatnie jest jak najbardziej pilne, bowiem w tle awantury wokół ACTA pojawiają się niezwykle istotne pytania – o przyszłość kultury i nauki, o sposób finansowania twórczości, o to jak ma funkcjonować biznes kulturalny (nie tylko show biznes!) w sytuacji, gdy młody konsument oczekuje, że w sieci wszystko będzie za darmo? Ani zwolennicy ACTA, ani przeciwnicy porozumienia, odpowiedzi na te pytania nie znają, bo ich wciąż nie ma. Od ponad dekady jesteśmy świadkami ostrego konfliktu, ścierania się interesów twórcy, producenta i nadawcy z interesami odbiorców. To kosztowna wojna, której pierwszą ofiarą stał się przemysł płytowy. Amerykański ekonomista związany z czasopismem „Wired”, guru ekonomii cyfrowej, Chris Anderson analizował w swojej głośnej książce „Długi ogon”, że „w okresie od 2001 do 2007 roku całkowita sprzedaż branży muzycznej spadła o jedną czwartą, natomiast liczba płyt z hitami o ponad 60 procent”. Jednocześnie Anderson (ale i inni analitycy, m.in. inny znany ekonomista Kevin Kelly czy prawnik, twórca terminu „Wolna kultura”, Lawrence Lessig, wskazują na całkowitą nieskuteczność prawa w walce nie tyle z piratami, co z odbiorcami. „Pomimo procesów sądowych, wytyczanych przez tradycyjną branżę muzyczną, ruch w interesie w sieciach wymiany plików wykazuje stały wzrost. Obecnie codziennie w tym procederze uczestniczy około dziesięciu milionów osób. (…) Codziennie następuje przesył ponad dziewięciu milionów utworów muzycznych” – pisze Anderson. Lessig idzie dalej, pisząc, że skoro 60 milionów Amerykanów łamie prawo, naruszając bez przerwy czyjeś prawa autorskie, to coś jest nie tak z prawem. Nie ma sposobu by penalizować każdego, kto dokonuje naruszeń, zaś z punktu widzenia psychologii społecznej, ale też poszanowania prawa, nie jest dobrze gdy tak wielki odsetek młodych ludzi żyje w poczuciu, że łamią prawo. To są sprawy zasadnicze, na które ACTA nie odpowiada, nie wskazuje także rozwiązań – jak chronić interes twórcy, producenta i nadawcy? Jak wynagradzać pisarza, dziennikarza, naukowca, dydaktyka, muzyka, filmowca, aktora, w czasach, kiedy ludzie chcą mieć darmowy dostęp do kultury, a technologia cyfrowa daje im taką możliwość. Kiedyś sprawa była prosta, chciałeś obejrzeć film – musiałeś albo iść do kina, albo zapłacić za kopię kupując kasetą VHS czy płytę DVD. Nie było alternatywy bo świat był analogowy, kultura miała wymiar materialny. Dziś – poza architekturą – właściwie każde dzieło da się sprowadzić do zero-jedynkowego zapisu, „zmiana od atomów do bitów jest nieodwracalna i nie do zatrzymania” – słusznie wyrokował inny guru cyfrowej kultury, Nicholas Negroponte. Przemysł kulturalny wobec nowej technologii okazał się być bezradny. Na nic zdały się coraz surowsze ograniczenia (m.in. wydłużenie obowiązywania ochrony praw autorskich najpierw z 30 do 50, potem do 70 lat po śmierci twórcy – zmiana przeforsowana przez koncern Disneya, obowiązująca dziś niemal we wszystkich krajach świata), na nic zdały się spektakularne procesy i odszkodowania, zamknięcie Napstera, Audiogalaxy czy Kazaa – ludzie i tak wymieniają się plikami. Ani prawo ustawodawcze, ani wykonawcze nie umie sobie z tym poradzić. „Rola prawa coraz rzadziej polega na wspieraniu twórczości, a coraz częściej na ochronie konkretnych sektorów gospodarki przed konkurencją” – pisze prawnik Lawrence Lessig. Zauważmy, że także u nas głównymi orędownikami podpisania ACTA były organizacje branżowe i chroniące interesy twórców: ZAIKS, ZPAV, Polska Izba Książki, Stowarzyszenie Filmowców Polskich, Stowarzyszenie Dystrybutorów Filmowych, Fundacja Ochrony Twórczości Audiowizualnej itd. Absolutnie ich rozumiem, ich interes jest zagrożony, podobnie jak zagrożony jest interes prasy, tradycyjnego radia, telewizji i wszystkich praktycznie mediów. Szkopuł w tym, że żadne akta interesu tego skutecznie nie ochronią. Walka, jaką konsumentom wydały medialne koncerny, wspierane przez ustawodawstwo i prokuratorów, została przegrana. Zamknięcie Napstera nie tylko nic nie dało, gorzej – na długie lata ucięło możliwość dialogu pomiędzy producentami a odbiorcami. Narosła wzajemna nieufność. Młodych ludzi, ciągnących z internetu pliki MP3, PDF, AVI i tym podobne okrzyknięto złodziejami, co jeszcze zwiększyło wzajemne napięcia i niechęć. Ściąganie plików stało się pewną formą społecznego protestu przeciwko medialnym koncernom. Rzecz w tym, że ten protest dotkliwie odczuwają także twórcy, a bez nich nie będzie ani książek, ani gazet, ani muzyki, ani filmu, pozostanie co najwyżej amatorszczyzna, trwające pięć minut filmiki na YouTube, remiksy, miliardy zdjęć i plików muzycznych, które każdego dnia są wrzucane do serwisów typu Facebook, Flickr czy wspomnianego YouTube. Na świecie jest obecnie ponad miliard blogów, ale czy są one w stanie zastąpić prasę, książki, filmy? W niewielkim stopniu. Przykłady Wikipedii czy kilku blogów poświęconych polityce, medycynie lub ekonomii pokazują, że społeczność potrafi wytworzyć wysokiej jakości treści. Ale jak dotąd żaden bloger nie dostał literackiej nagrody Nobla, żadne arcydzieło nie powstało w internecie, a nowe leki nie powstają w garażach, gdzie amatorzy eksperymentują przy retortach i alembikach. Jeśli ma nastąpić dialog, to w obie strony. Czas już aby konsument zrozumiał, że jeżeli chce mieć w przyszłości wysokiej jakości treści, wysokobudżetowe filmy, muzykę nagrywaną w profesjonalnych studiach, to musi za to płacić. Za darmo czasami może trafić się coś wartościowego, ale tylko czasami i bez żadnych gwarancji. Społeczny dialog nie może pominąć kwestii zasadniczej – długofalowo za darmo się nam nie opłaci. Długofalowo oznacza to śmierć profesjonalnych mediów. To tylko plik nic nie kosztuje, można go za darmo powielić i przesłać. Ale przygotowanie treści jest czasami bardzo kosztowne. Gazety coraz częściej likwidują placówki zagraniczne bo ich nie stać na utrzymanie pracujących tam dziennikarzy, opłatę biura, biletów lotniczych, rozmów telefonicznych itd. A to tylko jeden z setek przykładów. Być może za dziesięć lat zawód reportera będzie jeszcze trudniejszy do wykonywania niż w latach 60. w PRL, kiedy swoją karierę rozpoczynał Ryszard Kapuściński. To, że Wikipedia z sukcesem wyparła wszystkie profesjonalne encyklopedie do dziś pozostaje jedynym fenomenem cyfrowej nauki. Dziennikarstwo obywatelskie nie osiągnęło poziomu profesjonalnych gazet, wolne podręczniki nie zyskały szerokiego uznania, a pani Kociubińska ze swoim blogiem być może nawet ma sto tysięcy fanów na Facebooku, ale do poziomu artystycznego Wisławy Szymborskiej wciąż ma tak samo daleko jak w czasach, kiedy pisała do szuflady. Jakie rozwiązanie? Być może najprostszym byłoby pobieranie opłat za korzystanie z mediów cyfrowych – telefonii komórkowej, providerów internetu, producentów e-czytników, tabletów i innych urządzeń na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania. Lepsze to niż państwowe dotacje, które zawsze budzą polityczne wątpliwości i pachną cenzurą. W przypadku telewizji i radia sprawdza się to skutecznie od ponad pięćdziesięciu lat. Nie płacimy za słuchanie radia u fryzjera, ale twórca dostaje swoje tantiemy, zwykle nie małe. Liczbę pobrań plików łatwo jest mierzyć. Można wyobrazić sobie model, w którym konsument dostaje treść, za którą opłata ukryta jest w abonamencie – jak w telewizji kablowej. Mamy dziesiątki stacji, setki filmów, a płacimy niezależnie od tego, co i jak często oglądamy. Kolejny model, który z sukcesem funkcjonuje od kilku dekad. Te rozwiązania wymagają rozwiązań legislacyjnych i społecznej akceptacji. Jeżeli zgodzimy się płacić abonament, bo uznamy, że tego wymaga przyszłość kultury, mediów i nauki, to być może rozwiążemy problem w sposób pokojowy, bez ulicznych demonstracji, bez procesów, bez odszkodowań, bez wrogości i oskarżeń o kradzież lub ograniczanie wolności. Tego typu rozwiązania już są wprowadzane, na razie na szczeblu lokalnym, bo wciąż wymagają wzajemnego uznania swoich praw. Producenci muszą zrozumieć, że odbiorca chce uznać kulturę za część domeny publicznej, ta jednak nie może być darmowa, bo będzie byle jaka. ACTA daje doskonałą okazję do debaty nad naszą wspólną przyszłością, w której ograniczenia wolności korzystania z treści być może nie będą potrzebne. Lessig pisał, że „Domena publiczna jest zawsze strefą wolną od prawników” i niech tak właśnie będzie. Dajmy jednak obydwu stronom równe szanse. Więcej... |
Sobota, 28 Stycznia, 2012
Roosje Zonder Doornen |
tradycyjny różany likier z Amsterdamu, w tłumaczeniu nazwa znaczy „Róża bez kolców”. W smaku delikatny, mniej słodki niż nasz Rosalis z Polmosu Łańcut. Moc – 30%, barwa bladoróżowa. Doskonały z gorzelni A.v. Wess De Ooievaar. Kiedyś był też w ofercie Bolsa, ale zaniechano produkcji. Więcej... |
Piątek, 27 Stycznia, 2012
Kartka z podróży - Zandvoort i Haarlem |
W Amsterdamie trochę za mało wiało, za mało zacinał deszcz, mewy zbyt cicho mi skrzeczały nad głową, więc nie dziwcie się, że w środku zimy postanowiłem wybrać się nad morze, do Zandvoort. Tam dopiero hulał wiatr, piasek w oczy, włos rozwiany, fala wzburzona! Bilet szybką kolejką nad morze kosztuje w obie strony 10,50 euro, a jedzie się zaledwie 35 minut! W Zandvoort najpierw widzi się brzydkie bloki, ale zaraz za nimi jest dzika o tej porze roku plaża, piaszczysta i szeroka. Myślałem, że pojadę i wrócę zaraz, bo pewnie wszystko poza sezonem pozamykane, tymczasem nic podobnego! Wszystko otwarte! No to wszedłem do jednej knajpki, drugiej, trzeciej, czwartej, piątej… Szczególnie polecam rodzinną knajpę Boomerang, prawie nad samym morzem, mieli zakurzone butelki z destylatami z całego świata, a to Nemrut z Turcji, a to Jaya z Indii, a to Brugal Extra Viejo z Dominikany, pyszności palce lizać, pani właścicielka specjalnie dla mnie poszła do domu przynieść z rodzinnego barku pisco z Chile i meksykański likier w pięknej butli przypominającej głowę Azteka. Hitem wieczoru w Zandvoort jest jednak dla mnie chińska knajpa Asian Delights blisko dworca, za barem dwie śliczne Chineczki, wokół nich na krótkich nóżkach gania obrotny szef z wymodelowaną szpiczastą bródką a’la mandaryn, a w barze dziwa wszelakie, niebywale mocne (od 54 do 62 proc.), niebywale dobre bo destylowane z bambusa, z róży, z prosa, z sorgo... Zapisuję nazwy, każdy trunek był poezją dla mego wrażliwego podniebienia: Mei Kuei Le Chiew, Kao Liang Chiew, Chu Yeh, Ching Chiew i Wu Chia Pi Chiew. Od Chińczyków wyszedłem w pląsach, wiatr nagle ucichł, piasek przestał sypać w oczy, deszcz ustał, a księżyc się uśmiechnął i puścił filuternie oko. Na taki rozwój zdarzeń nie mogłem pozostać obojętnym. Wsiadłem w kolej, ale zamiast do Amsterdamu jak bilet powrotny wskazywał, pojechałem do Haarlem, zobaczyć jak nocą wygląda renesansowy Grote Markt z ogromną katedrą Grote Sint Bavokerk. A przy okazji, zupełnie mimochodem i niechcący, zajrzałem tu jeszcze do baru Trapperij la Comedie, tak mile witany, tak bogato raczony holenderskimi specjałami, a to likiery, a to bittery, a to genevery, że powrót do Amsterdamu okazał się być faktem tak nieznaczącym, że niezapamiętanym. Jak wiadomo, mózg rzeczy niepotrzebne wyrzuca z pamięci. Tylko, ze ja mam notesik. Wynika z niego, że w zanim ułożyłem się do snu odwiedziłem jeszcze cztery bary przy Dam, jednym z głównych placów Amsterdamu. Statystyka wieczoru rekordowa – 27 spróbowanych destylatów, to będzie 27 nowych haseł w leksykonie alkoholi! Rano nie było mi tak fajnie. Więcej... |
Piątek, 27 Stycznia, 2012
Boswandeling |
holenderski likier mleczny o egzotycznym smaku, jak dla mnie za słodki, ale dobry składnik koktajli. Wykorzystane owoce to przede wszystkim kokos, a także banan i guarana, zalane rumem. Moc – 15%, producentem jest firma Flügel. Więcej... |
Piątek, 27 Stycznia, 2012
.. |
| Uwielbiam i znam ludzi do ktorych to wszystko nalezy Więcej... |
Czwartek, 26 Stycznia, 2012
Gremi |
wyjątkowo niedobra gruzińska brandy, ma przepalony, czy może raczej „przypalony” smak. Producent – Tiflisi Marani, moc – 40%, barwa – ciemna rdza. Jest to brandy dziesięcioletnia, producent chwali się czterema złotymi medalami na międzynarodowych wystawach… Może ja się nie znam, ale dla mnie to ona smakuje tak, jakby zalano owocowym destylatem przypaloną oponę. Więcej... |
Czwartek, 26 Stycznia, 2012
Isaiah |
| Poland Rocks !!! Isaiah too :D Więcej... |
Czwartek, 26 Stycznia, 2012
Kartka z podróży - Amsterdam (6) w muzeach |
Kilka słów o najciekawszych muzeach (o Domu Bolsa i zwiedzaniu browaru Heinekena już pisałem oraz o Kocim Muzeum, z dziwnych dziwów wartych odwiedzenia jest Muzeum Marihuany). Obleciałem ich sporo, wstępy bardzo drogie, bilety od 10 do 15 euro, nie wszystkie honorują legitymację prasową, nie wszystkie honorują Amsterdam Card, generalnie trzeba się przygotować na wydatki. Co jest najciekawsze? Absolutnie numer 1 to Muzeum Van Gogha (Van Gogh Museum), gdzie przechowywanych jest 205 obrazów i ok. 500 rysunków malarza, zdumiewa zróżnicowanie technik malarskich, barw, środków ekspresji, zainteresowań. Są tu m.in.: „Żółty dom w Arles”, „Pokój artysty w Arles”, „Jedzący kartofle”, „Pole ze stadem wron”, wiele autoportretów, jedna z wersji „Słoneczników”. Poza tym są tu obrazy malarzy, których Van Gogh inspirował oraz jego portret ze słonecznikami Paula Gauguina. Wartość tych zbiorów pozwoliłaby zapewne spłacić zadłużenie wszystkich krajów afrykańskich, świadomość tego jest co najmniej kłopotliwa. Kolejny hit to Scheepvaartmuseum – muzeum morskie, mieszczące się w dawnym arsenale z XVII wieku, są tu makiety okrętów, zajebista kolekcja globusów (w tym XVI i XVII wiecznych), wnętrze wieloryba i rozmaite atrakcje dla dzieci, na zewnątrz cumuje ogromna kopia żaglowca Amsterdam z XVIII wieku. Warto też zobaczyć Amsterdams Historisch Museum, świetnie zaaranżowane i ogromne, zbiory od obrazów po makiety, od początków miasta do coffee shopów, multimedia, duże sale, ładnie zaprojektowane gabloty. I jeszcze na pewno dom Rembrandta, bogatą kamienicą, którą malarz kupił za astronomiczną kwotę, teraz są tu grafiki i obrazy – największy zbiór na świecie, pracownia mistrza, kilka odtworzonych pomieszczeń. Dom kupił w 1639 roku, ale potem zmuszony był go wynająć bo nie miał dość kasy. Wrażenie robi także gigantyczna synagoga – Portugese Synagoge z 1675 roku – która z zewnątrz wygląda jak magazyny z czerwonej cegły lub dawna fabryka, z małą synagogą zimową, z galeryjką kobiecą, z wystrojem z XVII i XVIII wieku, bogatą biblioteką i skarbcem udostępnionym do zwiedzania. Tyle hitów. Brakowało mi muzeum ze zbiorami malarstwa i rzeźby średniowiecznej, w Amsterdamie nie ma bodaj ani jednego obrazu Hieronima Boscha, mojego ulubionego malarza, rodem z Niderlandów przecież. Przesyt natomiast miałem renesansu i baroku, które prezentują m.in. Rijksmuseum (w tym dwie sale z obrazami Rembrandta) czy Hermitage Amsterdam, gdzie trwała czasowa wystawa prac Rubensa i Van Dycka. Można odnieść wrażenie, że historia Amsterdamu zaczęła się w XVII wieku, a przecież imponujący budynek Waag z 1488 roku (obecnie restauracja) pokazuje nam jak potężne musiało być to miasto w średniowieczu. Kilku ważnych muzeów odwiedzić nie zdążyłem, więc tylko wspomnę, że są tu m.in.: muzeum Anny Frank, muzeum historii Żydów, Madam Tussaud, Dungeon Amsterdam czy muzeum tropików. Więcej... |
Środa, 25 Stycznia, 2012
Wenneker |
holenderski producent alkoholi, w tym znanych likierów. Firma istnieje od 1693 oku, pod obecną nazwą od 1812, kiedy przejął ją Joannes Wenneker. Nadal pozostaje firmą rodzinną, choć już nie należy do Wennekerów, w 1903 roku odkupił ją Johannes Cornelis van der Tuijn, a dziś właścicielami są jego prawnuki. Sztandarowe produkty to: genever Wenneker Oude Proever, korn Wenneker Zeer Oude Korenwijn oraz likiery owocowe i aromatyzowane dla barów w 41 smakach. Wytwarzają też rum, gin, kremy (Pina Colada), syropy do koktajli (Grenadina). Wenneker jest też właścicielem innych znaków towarowych, jak: Goblet (produkuje genever), Olifant (gin, genever, wódka), Nikolski (wódka) i Highland Bull (whisky). Więcej... |
|
|
Wtorek, 24 Stycznia,
2012
Xenna |
Lek |
| Zapadła głęboko w pamięć. Dzięki Disorderze. |
Wtorek, 20 Grudnia,
2011
Xenna |
Pająk |
| "Xenna" padła w pociągu do domu... To teraz trzeba pisać do Dzidka o następne książki :) Muszę stwierdzić, że jednak znalazłem w niej coś o Tobie, o sobie, o mojej posranej sytuacji życiowej... Jakoś się tak składa, że życiorysy czasem się splatają... |
Poniedziałek, 12 Grudnia,
2011
zaproszenie |
stroszek |
| Paweł “Konjo” Konnak (poeta, performer, pisarz), Krzysztof Grabowski (współzałożyciel, perkusista, autor tekstów zespołu Dezerter) oraz Narodowe Centrum Kultury zapraszają na cykl spotkań “Punk rock books”.
“Konjo” jest autorem wydanej właśnie alter biografii \\\"Gangrena-mój punk rock song\\\", a Grabowski wydanej rok temu “Dezerter- poroniona generacja?”.
Artyści opowiedzą o swoich dziełach oraz o czasach, które zainspirowały ich do podjęcia działań artystycznych. Nie przypadkowa jest również data pierwszego ze spotkań. 13 grudnia - dzień ogłoszenia stanu wojennego, miał duży wpływ na podejmowane tematy zarówno w twórczości Dezertera, jak i w młodzieńczych ujawnieniach Konja.
Zarówno dzieło Konnaka, jak i Grabowskiego to intensywne wypełnianie białych plam w naszej najnowszej historii.
Jak napisał we wstępie do \\\"Gangreny\\\" perkusista grupy Dezerter - \\\"Doczekali się swojej opowieści rycerze spod Grunwaldu i Warszawscy Powstańcy. Pora teraz na opowieść podziemnych artystów, punkowców i szalonych rebeliantów\\\".
13.XII.2011 - Gdańsk, studio Radia Gdańsk, ul. Uphagena, godz.19
14.XII.2011- Sopot, klub SPATiF, ul. Boh. Monte Cassino, godz. 21
16.XII. 2011 - Warszawa, Dom Spotkań z Historią, ul. Karowa, godz. 20.30
17.XII.2011 - Kraków, klub Imbir, ul. Św. Tomasza, godz. 17
Gorąco zapraszamy, wstęp wolny. |
| Panie Łukaszu.. Witam po raz kolejny :)
Piekę właśnie ciastka francuskie i myślę sobie, o wszystkim, i o niczym.. Szczerze mówiąc nigdy nie spodziewałabym się, że jeszcze tu napiszę.. . nie wiedziałam gdzie trafię.. Myślałam, że Xenna na maturze to i tak za dużo :p Na Pana odpowiedź o magisterce tylko się uśmiechnęłam, ale.. hmm.. jakby cały czas do niej wracałam. Na magisterkę jeszcze za wcześnie, ale nie mogę się oprzeć, żeby na licencjacie nie poruszyć jakiegoś podobnego tematu.. Pana książki są ciągłą inspiracją dla mnie :] Tylko coraz bardziej rozpaczam nad faktem, że licencjat to głównie praca odtwórcza.. I co ja mam teraz z Panem zrobić? :p
|
| Autor: |
Pisać koniecznie :) No i wyślij do poczytania! |
| Thanks for given that type of very cooperative information. I enjoyed understanding it is excellent! Thank you.
|
|
|
|
|